Amsterdam

Fascynujące miasto. Uważane za stolicę rozpusty, a jednocześnie niezwykle romantyczne. Nic tu nikogo nie dziwi i nie gorszy, ale prawa łamać nie wolno. Miasto kanałów i rowerów, a także diamentów, koncertów i dzieł sztuki.

Czym jest moralność? Kategorią określonych zachowań ludzkich? Zbiorem religijnych przykazań, niezależnych od tożsamości uznawanego Boga? Czy po prostu zestawieniem norm i zasad społecznych, których przestrzeganie leży u podstaw cywilizowanego państwa? Pytania te są o tyle zasadne i intrygujące, gdyż dotyczą Amsterdamu – miasta, gdzie według rygorystycznych chrześcijańskich kanonów nastąpił jednoznaczny upadek moralności. W Holandii moralność oznacza wolność myśli i czynów. Tu nic nie dziwi i dziwić nie może. Prostytucję uważa się za zawód jak każdy inny, a dystrybucja narkotyków jest centralnie kierowana przez państwo i prowadzona w wygodnych, przytulnych sklepikach. Małżeństwa homoseksualistów nie tylko są tolerowane, ale wręcz dopuszczane i promowane. Amsterdamska „way of life” jest po prostu prowokacją doprowadzoną do statusu uznawanej normy społecznej. Jako taka musi być ona podporządkowana konkretnym zasadom. Nie można bowiem sądzić, że centralnie prowadzona i kontrolowana przez państwo sprzedaż środków odurzających oznacza całkowitą liberalizację w tej branży. Wręcz przeciwnie. Choć prawdą jest, że wiele z 3000 działających w mieście kafejek prowadzi oficjalną sprzedaż skrętów z haszyszu, marihuany czy też haszyszowych wypieków, to prawdą jest również fakt, że każdego roku państwo konfiskuje tony indyjskich konopi uprawianych na polach. Co prawda nie przeszkadza to swobodnemu hodowaniu tych roślin na balkonach mieszkań, ale oznacza, że prowokacja nie oznacza z góry braku jakiejkolwiek władzy i kontroli. Te same uwagi dotyczą prostytucji. Choć cieszy się ona mianem najstarszego zawodu świata, to jednak- pomimo powszechnej tolerancji – wzbudza głębokie oburzenie. W Amsterdamie handel ciałem, rozwinięty wręcz na skalę przemysłową, jest zjawiskiem niekwestionowanym. Dziewczęta, prezentujące się cierpliwie za szybami wystaw pod zapalająca się czerwoną latarenką, są kontrolowane i ewidencjonowane przez skrupulatne służby państwowe. Służby te pełnią sumiennie nie tylko nadzór, ale także zajmują się świadczeniem usług informacyjnych dla niedoświadczonych turystów, których do Amsterdamu przywiodły skryte erotyczne pragnienia. Amsterdamska policja opracowała nawet „Police red light guide”, prawdziwy przewodnik dla mężczyzn poszukujących w stolicy Holandii wolnego seksu. Katalog ten stał się – jak twierdzą eksperci z tej branży – wręcz niezbędną pomocą wobec szerzącego się obecnie niebezpiecznego zjawiska zagrażające dobremu imieniu miasta. Wielu turystom bowiem zdarza się, że po pertraktacjach finansowych z wybraną panną odkrywają, iż jest ona w rzeczywistości … chłopcem. Amsterdam to nie tylko stolica rozpusty, ale i jedno z najbardziej romantycznych miast w Europie. Pokusy i romantyzm są bowiem we flamandzkiej moralności dwiema nie wykluczającymi się cechami ludzkiej duszy. Nic tak nie zapada w pamięć, jak długie spacery wzdłuż kanałów i po licznych, wspaniałych mostach, jak np. sławny Magere Burg. Kanały są symbolem miasta, które wyrywało morzu każdy metr swojej powierzchni. Jednym z najbardziej urokliwych zakątków jest kanał Reguliersgracht, z siedmioma mostami zbudowanymi jeden za drugim. Wspaniale oświetlony nocą, tętni w dzień wesołą muzyką ulicznych grajków. Wędrując uliczkami, których szerokość porównać można do leśnych ścieżek, warto wstąpić do mitycznych „bruinie kroegen” – ciemnych kafejek – których nazwa pochodzi od koloru ścian przybrudzonych przez dym i upływ czasu. Przypominają one nieco angielskie puby i są nieodłącznym elementem życia mieszkańców Amsterdamu. Spotkać w nich można zarówno ludzi starszych jak i młodzież, która relaksuje się tu przy lekturze, grając w bilard czy paląc cygaro i popijając kuflowe piwo. Najmodniejszą kafejką odwiedzaną przez studentów jest „De Jaren”. „De Tuin” to miejsce spotkań artystów, a chyba najbardziej znana jest „t’Dokterje” z charakterystycznymi starymi, drewnianymi krzesłami i kamienną podłogą. W słoneczne dni obowiązkowe miejsce spotkań stanowi „Pancake Bakery”, gdzie sprzedaje się trzydzieści rodzajów pączków. Rower w Amsterdamie nie służy wyłącznie do przejażdżek rekreacyjnych. Jest codziennym środkiem lokomocji. Aż trzydzieści procent mieszkańców dojeżdża do pracy na rowerach, pokonując specjalnie wyznaczone trasy, których łączna długość przekracza 400 kilometrów. Niespodziankom w Amsterdamie nie ma końca. Aby naprawdę miasto pozostało w naszych sercach, należy dać się zawładnąć atmosferą muzycznych i teatralnych spotkań, organizowanych w mieście od września do czerwca podczas Holenderskiego Festiwalu Spektakli. Odbywają się one w „Concertgebouw”, Pałacu Koncertów słynącym z doskonałej akustyki. Po koncercie obowiązkową metą jest restauracja „Bodega Keyzer”. W Amsterdamie jest ponad 700 restauracji. Do najlepszych należą: „D’Vijff Vlieghen” (dosłownie „Pięć much”), „Beddington’s” znana z potraw rybnych i „t’Swarte Scheap” – miły lokal o typowo holenderskiej atmosferze. Niezliczone są też muzea sztuki i imprezy kulturalne, odbywające się w tym mieście. Koniecznie trzeba odwiedzić dziewiętnastowieczny dom przy Herengracht – zamienioną na muzeum rezydencj ę Abrahama Willeta i Loisy Holthuysen. Można tam zobaczyć jak żyli przed stu laty bogaci amsterdamczycy. Atmosferę siedemnastowiecznego przepychu, charakterystycznego dla złotego wieku w Amsterdamie, można odnaleźć w licznych szlifierniach diamentów i pracowniach jubilerskich. Ich tradycje sięgają niejednokrotnie ponad stu lat. Po dziś dzień miasto słynie z obróbki i sprzedaży kamieni szlachetnych. Niektóre ze szlifierni, jak np. Coster Diammonds można zwiedzać i zobaczyć, jak z diamentu powstaje brylant. Coster Diammonds słynie z tego, że tu wyszlifowano słynnego Koh-i-Noora dla angielskiej królowej Wiktorii, a także najmniejszy brylant na świecie, mający wielkość ziarnka soli. Aby z diamentu powstał brylant, należy mu nadać odpowiednią form ę – wyszlifować pod odpowiednimi kątami 58 ścianek różnej wielkości. Tylko 1% diamentów na świecie zamienia się po obróbce w duże i bardzo drogie brylanty. Inne, drobniejsze, po oprawieniu stają się elementami biżuterii bardziej dostępnej dla klientów – kolczyków, pierścionków, zegarków. Nieoprawiony diamencik można kupić jako pamiątkę z Amsterdamu już za równowartość kilkuset złotych, dla zamożniejszych wizyta w szlifierni może się zakończyć wydatkiem wielokrotnie wyższym.

0 Comments

Leave a Reply

Using Gravatars in the comments - get your own and be recognized!

XHTML: These are some of the tags you can use: <a href=""> <b> <blockquote> <code> <em> <i> <strike> <strong>